caramelli blog

Twój nowy blog

my skin.

Brak komentarzy


„take a look at my body,
look at my hands…
there’s so much here that i don’t understand.
your face saving promises,
whispered like prayers
i don’t need them.

couse i’ve been treated so wrong,
i’ve been treated so long as if i’m becoming untouchable…

well, contempt loves the silence
it thrives in the dark,
the fine winding tendrils that strangle the heart
they say that promises sweeten the blow
but i don’t need them… no, i don’t need them.

i’ve been treated so wrong,
i’ve been treated so long as if i’m becoming untouchable

i’m a slow dying flower
in the frost killing hour
sweet turning sour
and untouchable.

oh i need
the darkness,
the sweetness,
the sadness,
the weakness,
oh i need this.
need a lullaby,
a kiss goodnight,
angel, sweet love of my life
oh i need this

i’m a slow dying flower
frost killing hour
the sweet turning sour
and untouchable…

do you remember the way that you touched me before?
all the trembling sweetness
i loved and adored…
your face saving promises
whispered like prayers.
i don’t need them.

i need the darkness,
the sweetness,
the sadness,
the weakness,
oh i need this.
i need a lullaby,
a kiss goodnight,
angel, sweet love of my life
oh i need this

well, is it dark enough?
can you see me?
do you want me?
can you reach me?
or i’m leaving…

you better shut your mouth
and hold your breath
you kiss me now,
you catch your death
oh i mean this…”

wesołych świąt.

szarość.

Brak komentarzy

bardzo lubię jesień.

bure, jednolite niebo, kolorowe liście, szeleszczące pod stopami, mgłę, chłodny wiatr, deszcz. ale lubię inaczej niż na przykład lato. nie będę chodziła po mieście z wielkim uśmiechem i w okularach przeciwsłonecznych, myśląc sobie, jak to ja bardzo uwielbiam tę porę roku.

ubiorę się za to w ciepłe kapcie oraz bluzę i będę siedzieć pod polarowym, milutkim kocykiem z herbatką z miodem i cytryną. później podejdę do okna, zapatrzę się na ten szary świat i lekki uśmiech rozjaśni moją twarz, ale tylko na chwilę. popijając herbatę będę się przyglądać temu pięknemu, spokojnemu widokowi za oknem. nie będę odczuwała tej radości z życia, jaką czerpię z wiosny i lata. za to w moim spojrzeniu, w całej mojej osobie będzie mnóstwo spokoju i harmonii.
potrzebowałam tego. w tej chwili będzie mi brakowało tylko męskich dłoni, obejmujących mnie od tyłu w pasie i ciepłych ust, całujących mnie po karku.

bardzo lubię jesień.

ostatnio na języku polskim miałam cały cykl lekcji o filozofii. pytania egzystencjalne, zadawane przez panią profesor faktycznie pobudziły moje szare komórki do myślenia. zastanawiałam się nad tym dość długo i wymyśliłam swoją własną teorię.
zasadniczym pytaniem człowieka od wieków jest sens naszego istnienia, cel naszej egzystencji. ale czy tak naprawdę musi być jakikolwiek sens? myślę, że nasza ludzka psychika i wrodzony egoizm każe nam nadawać większy sens naszemu życiu, niż ono faktycznie ma. może świat nie został stworzony, ale jego początek był dziełem tylko i wyłącznie przypadku? a później, w drodze ewolucji rozwinęły się różne organizmy, w tym człowiek. bez żadnej misji, żadnego zadania. a może idea boga miała tylko nadać większą głębię naszej śmierci?… może cała idea boga miała takie zadanie, nie tylko nadać znaczenie śmierci, ale też życiu. może ten cały cykl rodzenia się i umierania nie ma wcale żadnego większego znaczenia, może jest tylko tym właśnie – cyklem rodzenia się i umierania.

taka tylko moja dygresja, poplątana… chyba się starzeję.

ile się przez ten czas zmieniło… w ogóle już nie pamiętam czasów, kiedy zaczęłam pisać tego bloga.
święta trójca to już od dawna przeżytek. drogi moje i k. się zeszły, a nasze i karoliny rozeszły. i tak bywa. w sumie szkoda. sympatyczne wspomnienie.
well, zakładając tego bloga byłam w 2 klasie gimnazjum, zgadza się? chyba tak. teraz jestem w 1 liceum i dobrze mi z tym. kompletna zmiania środowiska. jak na razie nie wiem jeszcze, co z tego. może wyjdzie na dobre, a może nie. zobaczymy.
plany na przyszłość? skończyć liceum, zdać maturę – to priorytety na czas najbliższy. w dalszej kolejności dostać się na studia, chyba psychologię i filolofię angielską. dalej może ślub z moim kochaniem, ciąża, dziecko i całe mnóstwo szczęścia. co najmniej tyle samo, co teraz. no i dalej sprawiać, żeby było mu ze mną jak w niebie. postarać się, przynajmniej. to chyba wystarczy.
jaki on cudowny jest.
a tym wszystkim, którzy nie wierzą, że związek, utworzony w wieku 15 lat może przetrwać tak długo… jakby mnie w ogóle chociaż trochę obchodziło, co takie osoby myślą. anyway, historia zna nie takie przypadki. w każdym razie, w wieku 16 lat jestem w związku z ponad rocznym stażem i nie mam najmniejszego zamiaru tego zmieniać. już to chyba o czymś świadczy. w każdym razie – trochę wyobraźni. nie można zatracać dziecka, które każdy z nas ma w sobie. dlaczego ja się w ogóle tłumaczę?
to tyle…

koniec.

2 komentarzy

to już jest koniec, nie ma już nic.

nie skasuję tego bloga, ale wątpię żebym kiedyś do niego wróciła. sentyment. trochę mi szkoda.

ale i tak nie mam czasu i/lub weny.

prawie rok. wuchta czasu.

no, nie nudzę.
dziękuję tylko wam wszystkim, którzy ten shit czytacie/czytaliście. gratuluję wytrwałości i odwagi.

au revoir…

w niedzielę rano wyjeżdżam i nie będzie mnie do 24. mniej więcej. będę zajęta napawaniem się niesamowitym, niepohamowanym szczęściem, przynajmniej do 17.
moje galopujące szczęście ma na imię bihar.
i nie ma takiej możliwości, żeby było źle. jeśli w ogóle jestem zdolna do odczuwania szczęścia, to tylko w bronkowie. wtedy poziom endrofiny przekracza wszelkie granice.
c ya kiedyś tam, dans l’avenir.

no i co teraz?

1 komentarz

koniec roku. wakacje. 2 miesiące nicnierobienia. słuchania „gramofonomanki”. trali tralalala. tylko trawa już wypłowiała.

„i nic mnie nie przejmuje, syreny płyty mam, gdy mnie coś denerwuje, na gramofonie gram…”

występują:

w roli głównej: niezwykła szczęściara, caramelli.
nauczycielka, pani pe.

q. (czyt. kju)
pozostali, zwani dalej klasą.

akt pierwszy.

lekcja chemii.

pani pe do mnie. „no to może wylicz to zadanie”.

ja. wstaję. robię pierwszy, pewny krok. kolejny, nie mniej pewny. trzeci. jebs.

klasa. hahaha.

ja. auć.

akt drugi.

dziesięć minut później. ja wciąż przy tablicy.

q. (leży na ławce i kula się ze śmiechu).

akt trzeci.

siedem minut później. ja w dalszym ciągu przy tablicy.

q. hehe, haha, hihihi… nie no, powinnaś dostać oscara za replikę filmu „upadek”.

ja. … ( łypię na q z błyskiem w oku.) tak więc, jak już mówiłam, kwas siarkowy sześć…

kurtyna.

od jutra będę szczęśliwa. cholernie szczęśliwa. znajdę idealnego faceta, o ile już go nie znalazłam. on oszaleje na moim punkcie, a ja na jego i będziemy na zawsze szczęśliwi. wygram w totka, wybuduję sobie piękny dom z czarnym, własnie tak, czarnym dachem na obrzeżach mojego miasta. na wakacje pojadę na jamajkę i do mojego kochanego biharka, którego później oczywiście kupię. i będę żyła długo i szczęśliwie.

reszty mi nie potrzeba, resztę już mam.

teoretycznie to powinnam być szczęśliwa.

wiem, że jestem wredną egoistką i nie doceniam tego, co mam. zdaża się.

marzenia, piękna rzecz.

hope

1 komentarz

a może jednak. odżyła nadzieja.


  • RSS